Historia Wojciecha Fortuny, „Szczęście w Powietrzu”. Część pierwsza.

by sport festival on Listopad 4, 2012

Post image for Historia Wojciecha Fortuny, „Szczęście w Powietrzu”. Część pierwsza.

Wojciech Fortuna, Sapporo, Japonia, 1972,

Jedyny jak do tej pory, Polski skoczek narciarski który zdobył złoty medal olimpijski, swoim sensacyjnym skokiem narciarskim, uznanym wtedy za najlepszy skok w historii skoków narciarskich.

„Na Igrzyskach Olimpijskich w Sapporo, w 1972 roku skokiem na odległość 111 metrów 20-letni wtedy Wojciech Fortuna, przeszedł do historii polskiego sportu. I chwała mu za to, choć po latach okaże się ze nie zawsze potrafił poradzić sobie że sławą, ze blask złotego medalu i w jego przypadku miał dwie strony. Ojców sukcesu było jak zwykle wielu, ale już z własnymi słabościami, życiowymi porażkami, do których się przyznaje, borykał się jak to zwykle bywa – sam.”

Książka jakiej obszerne fragmenty będziemy publikować na blogu Sport festiwalu,( którego pan Wojciech Fortuna był gościem w Szklarskiej Porębie), „przybliża prawdę o wielkim sporcie z dawnych lat, o ludziach i ich charakterach, wreszcie o samym Wojciechu Fortunie, który szczerze opowiada o niełatwych życiowych decyzjach, blaskach i cieniach swej kariery.” (Krzysztof Wyrzykowski, ze wstępu do książki).

Wojciech Fortuna

„Szczęście w Powietrzu”

Odcinek pierwszy

Wspomnienia spisał Andrzej Szymkiewicz, zdjęcia pochodzą z prywatnego zbioru Wojciecha Fortuny (oraz Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem). Publikacja wspomnień na blogu Sport Festivalu jest możliwa dzięki zgodzie Wojciecha Fortuny.

Prawa autorskie: Wojciech Fortuna. Kopiowanie, przedruk materiału, wprowadzanie zmian do tekstu sa zabronione.

 Urodziłem się 8 sierpnia 1952 roku na Ciągłówce w Zakopanem. Ojciec mój, Mieczysław, był zastępcą dyrektora szpitala u słynnego doktora Bocheńskiego, jednej z legend naszego miasta. Ojca i doktora łączyły dobre stosunki. Pamiętam, że kiedy miałem dwanaście lat i po wypadku na Średniej Krokwi leżałem w szpitalu ze wstrząsem mózgu, doktor Leon Bocheński zajmował się mną troskliwie, a do ojca zwracał się z życzliwością. Ojciec z kolei nigdy nie mówił o doktorze inaczej jak z wielkim szacunkiem. Po tygodniu mojego leżenia w szpitalu przyszli koledzy z Ciągłówki z piłką. Wymknęliśmy się na dziedziniec i zaczęliśmy „podgrywać”. Zobaczył to doktor Bocheński i zawołał:

- Wojtek! Zmykaj do domu. Jaki tam z ciebie chory.

Po śmierci doktora cos się w szpitalu podziało. Atmosfera zrobiła się nieprzyjemna i ojciec przeniósł się do spółdzielni Ochrona Mienia. Nie mogłem się połapać, jak nagle ceniony człowiek stał się niewygodny. Wielu rzeczy wtedy nie pojmowałem.

Moja mama, Barbara, jest rodowitą warszawianką. Wielu ludzi po powstaniu przyjechało do Zakopanego, ale większość po wojnie wróciła; moja mama została. Do dziś jest pielęgniarką w Sanatorium Nauczycielskim, do którego z resztą należy budynek w którym się urodziłem, wychowałem, i do którego na „stare lata” wróciłem. Pamiętam, że mama zawsze o cos wałczyła, z czymś się w sanatorium nie zgadzała. Mnie i starszego o rok brata do tych spraw nie dopuszczano, ale zacząłem rozumieć , że w tym dorosłym świecie wiele rzeczy się nie układa.

Nie wnikałem w te sprawy. Miałem swój problem, wielki jak Kasprowy, czysty jak śnieg, prosty jak para nart.

Koło domu mięliśmy swoją ” krokiew” i dzień w dzień rozgrywaliśmy na niej zawody. Ktoś był Piotrkiem Walą, ktoś inny Antonim Łaciakiem, najwięcej jednak było Marusarzy. Skakało nas wtedy prawie trzydziestu.

Wówczas takie skocznie były w Zakopanem na każdej grapie. Przyniósł ktoś łopatę, raz-dwa urządzało się skocznie i już zawody. Krew mnie dziś zalewa jak patrzę na zespół Krokwi, igelit, armatki śnieżne, kasohrehry , słyszę o kneisslach, Fischerach, butach do połowy łydki, wiązaniach z mini komputerkiem, a na skoczni nie uświadczy nikt psa z kulawą nogą! No cóż Woyna, Groń, Fortecki, Kaczmarczyk, Gąsiorowski już na emeryturach, kto ma się zajmować pętakami, którzy budują skocznie koło domu? W ciągu trzydziestu lat, odkąd zaczęło się moje skakanie, sport się skur… i zohydził.

Przepraszam za to określenie, ale żadne inne nie przychodzi mi na myśl. Sport narciarski w całym tego słowa znaczeniu trwał dwadzieścia lat, pomiędzy dwoma olimpijskimi medalami. Z tym, że Franciszek Gąsienica – Groń ten okres otwierał, a  ja zamykałem. Groń zachował wspaniałe wspomnienia.

Piszę dlatego, żeby wyrzucić z siebie to c się we mnie nagromadziło. Pewnie z tego powodu wielu ludziom się narażę. Przepraszam ich za to. Nie widzę jednak powodu , żeby to , co przeżyłem, jak się mój sportowy świat zawalił, zabierać ze sobą do grobu.

A wiec skakaliśmy koło domu. Tereny tu doskonałe. Wprawdzie stok jest południowy, ale było wiele zacienionych miejsc, a zrobić skocznie? Starczyło pół godziny. „Zubki” najlepsze wówczas narty, produkowane przez Stanisława Zubka w wytworni na Kasprusiach, były drogie. Kosztowały osiemset złotych. Jak złamałem trzecią parę, ojciec nie miał już za co kupić nowych.

Były to lata, kiedy trenerzy klubu „Wisła” przepatrywali owe skocznie na Lipkach, Wierszykach, Antałówce i wielu innych grapach. I tak pewnego dnia zjawił się na Ciągłówce Jan Gąsiorowski. Jak się później dowiedziałem, o naszej skoczni powiedział mu kolega ojca po usłyszeniu, że ja i brat połamaliśmy już trzy pary nart. Gąsiorowski, którego zaraz przezwaliśmy „Gąsiorem”, zapytał, czy chcemy należeć do klubu. Mowa! A o czym myśmy marzyli?

Comments

comments

{ 0 comments… add one now }

Leave a Comment

Previous post:

Next post: